blog dla tych, którym zależy by ich strony były doskonałe

Koniec

czwartek, 25/3/2010

Pięć lat temu blog nierobcietegowdomu.pl doskonale wpasowywał się w krajobraz polskiego świata usability. Nie było zbyt wielu ekspertów, za to pasjonaci chęcią pisali o tym, co ich w świecie www boli. Tak zaczynali ElsindelRobert Drózd i wielu innych, zbyt wielu by tu wymienić. Istniał też pierwszy poważny polski portal o tej tematyce - użyteczność.pl, którego zawartość przeniosła się pod na hci.pjwstk.edu.pl (stronę Koła Naukowego HCI PJWSTK) ale po samej domenie ślad pozostał jedynie w web.archive.

Tak zaczynałem i ja. Bez doświadczenia, ale z pasją. “Nie róbcie tego w domu” było luźno bazowane na webpagesthatsuck.com – blogu wyśmiewającym najpoważniejsze błędy na stronach internetowych. Robiłem to samo, tyle że po polsku i dużo się w ten sposób nauczyłem. Czasem moje artykuły miały interesujące skutki uboczne. Najzabawniej chyba wspominam m.in. historię pizzerii “Da Grasso”, której strona w owym czasie była tak fatalna, że Google wyżej cenił mój tekst o ich słabej stronie niż stronę pizzerii. Czasy się zmieniły i Da Grasso ma już odpowiednią pozycję w wynikach wyszukiwania.

Dwa razy już próbowałem zamknąć bloga. Miałem wrażenie, że temat się wyczerpał, że samym krytykowaniem nie można zajść zbyt daleko i że wszystkie błędy jakie są na stronach już opisałem. Mimo wszystko, zawsze wracałem do pisania i z mniejszą regularnością, ale jednak nowe wpisy pojawiały się na nieróbcietegowdomu.pl.

Dwa lata temu poznałem Agnieszkę, projektantkę użyteczności i user experience. Była w tym czasie doktorantką na Politechnice w Eidhoven i przyjechała na staż do Google’a, gdzie prowadziła badania nad tym, jak ludzie korzystają z poczty internetowej i radzą sobie z nawałem maili.

Sama też ma bloga, lubi pisać, dzielić się wiedzą i doświadczem z innymi. Zaprosiłem ją do wspólnego pisania i Aga popełniła kilka artykułów na nieróbcietegowdomu.pl. Polubiliśmy pisanie razem - na tyle, że pod koniec zeszłego roku doszliśmy do wniosku, że czas, by zrobić coś więcej niż prostego bloga o narzekaniu i naszych frustracjach związanych z user experience. Dlatego po raz trzeci i definitywny kończymy z nieróbcietegowdomu - nie po to by do niego wrócić za pół roku, ale po to by zacząć coś nowego.

Nowy blog - nierobcietegosami.pl - ma ze starym tylko trochę wspólnego. Zachowaliśmy zbliżoną nazwę by dawni czytelnicy poczuli się swobodniej, prawie ten sam zespół i tematyka nadal będzie kręciła się wokół szerokiego rozumianego user experience. Dołącza do nas trzeci redaktor - Karol. Student informatyki, całkiem już wprawny programista a także entuzjasta user experience. A już wkrótce być może jeszcze parę osób, których nazwisk jeszcze nie zdradzamy.

W tle zmienia się technologia. Rezygnujemy z Wordpresa. Nie, żeby był zły, ale PHP… ;-) Wprowadzamy nieco bardziej formalny sposób edycji artykułów - chcemy, żeby jakość naszych tekstów była jak najwyższa. Specjalnie w tym celu napisaliśmy system do edycji i przeglądania postów.

Tak wygląda (kolejny) artykuł w trakcie poprawek.

Napisane artykuły trafiają na listę dyskusyjną, na której wszyscy redaktorzy mogą je komentować. Kolejne rewizje trafiają na listę w postaci tzw. diffów (patrz zdjęcie wyżej), by łatwiej dało się zauważyć zmiany w treści. Pomysł jest zainspirowany wykorzystywanymi przeze mnie w pracy narzędziami do code review, jak Mondrian czy Rietveld.

Celem tych wewnętrznych edycji nie jest ustalenie “oficjalnej wersji wydarzeń” czy przedwczesna dyskusja nad tematem która powinna odbyć się w komentarzach. Chcemy jedynie zapewnić wysoki poziom edytorski publikowanych tekstów, uniknąć literówek, niejasnych sformułowań i argumentów tak oczywiście błędnych, że aż boli. Wszystko po to, by nie tworzyć bloga sklecanego na prędce w przerwie na lunch.

Umarł król, niech żyje król! “Nie róbcie tego w domu” uważamy za oficjalnie i definitywnie zamknięte, “Nie róbcie tego sami” czas zacząć!

Pozwolę sobie jeszcze dodać, że Agnieszka ma tyle niespożytej energii w sobie, że nowy blog to dla niej za mało. Oprócz jego wraz z mężem - Łukaszem - zaczęli prowadzić podcast, o nazwie Radio Novum, a raz nawet zaprosili mnie :-)

Najważniejsza umiejętność informatyka

wtorek, 26/1/2010

wargames1.jpg
Scena z filmu Gry wojenne

Informatyk kojarzy się z nudnym człowiekiem w niewypranej koszuli, który spędza 90% swojego czasu przed komputerem. Pozostałe 10% to sen. Nie kontaktuje się z otoczeniem, nie odpowiada na pytania i tylko w sobie znanym języku komunikuje się z maszyną która robi co on mu każe. Dziewczyny podrywa włamując się do szkolnego systemu informatycznego i podciągając im oceny.

W tej chwili, mając trochę informatycznego doświadczenia, śmiało mogę powiedzieć, że ponad połowę swojego czasu spędzam na komunikowaniu się nie z komputerami a z ludźmi.

OK, ok, nie chcę tu powiedzieć, że można zostać informatykiem nie umiejąc programować — bynajmniej. Programować trzeba umieć, a im lepszym się jest programistą, tym lepiej. Ale samym programowaniem wysoko się nie zajdzie, a by zajść wyżej trzeba umieć rozmawiać. Naprawdę nie trzeba być menadżjerem, ani nawet tech-leadem, by w pewnym momencie Twój dzień wyglądał tak:

  • 10:00 — rozmowa kwalifikacyjna z uczestnikiem code-jam
  • 11:00 — pomoc nowemu koledze w zadomowieniu się w zespole i przeprowadzenie go przez kod
  • 12:00 — obiad
  • 13:00 — pisanie raportu z rozmowy kwalifikacyjnej
  • 14:00 — code review dla kolegi z biurka obok, kolegi zza oceanu, kolegi z Moskwy, kolegi z Japonii i kolegi ze Szwecji… uff, dobrze że tylko 300 linii w sumie
  • 14:30 — spotkanie z PMem, by omówić kwestie prawne projektu
  • 15:00 — no, może wreszcie sam napiszę jakiś kod
  • 17:00 — telefon do kolegi z innego zespołu, bo trzeba się dogadać co do wydajności ich API
  • 17:15 — security review, bo trzeba wyjaśnić czemu to, co intern robi nie jest aż tak niebezpiecznie jak się wydaje
  • 17:45 — 1:1 z szefem, by wyjaśnić jak się posuwa projekt do przodu
  • 18:00 — spotkanie p.t. “naprawdę potrzebujemy tylko 4 Gbit sieci”
  • 19:00 — wysłanie własnego kodu do przejrzenia w USA

Normalnie mam trochę więcej czasu na programowanie (powiedzmy z 4-5h dziennie, pozostały czas przeglądam kod innych), ale przynajmniej jeden taki dzień w tygodniu się trafia. I nie, nie chodzi o biurokrację! Chodzi o normalne informowanie ludzi którzy powinni być poinformowani, koordynowanie prac na pograniczu projektów, konsultacje z ekspertami, etc.

Ponieważ wszyscy mają mało czasu i ich harmonogram wygląda podobnie i w rzeczywistości chcieliby poświęcić większość swojego czasu na pisanie kodu umiejętność rozmawiania, załatwiania spraw na korytarzu, kończenia spotkań przed czasem, wiedza, że jednym telefonem można załatwić więcej niż 10 mailami, itp. stają się niesamowicie cenne.

Moim zdaniem zajęcia z metod efektywnej komunikacji prowadzone przez kompetentnego psychologa powinny stać się obowiązkową częścią edukacji. Jeśli nie na poziomie szkolnym, to już na pewno uniwesyteckim. A potencjalnym informatykom powinno się zafundować podwójną dawkę. :-)

Goldenline versus LinkedIn

piątek, 22/1/2010

W związku z naszymi planami powrotu do Polski znajomi zaczęli namawiać mnie na założenie konta na Goldenline.pl. Jako ogromna fanka LinkedIn psychicznie przygotowywałam się na nieco bardziej rozczarowujący User Experience i zostałam przez Goldenline bardzo pozytywnie zaskoczona.

PROFIL

profile1.jpg

Proponowany sposób wprowadzania danych na Goldenline jest bardzo przejrzysty i nie “przymusza” użytkownika do wypełnienia wszystkiego naraz (co często zajmuje dużo czasu). Jedyna usterka jest moich oczach następująca: w pierwszej części kwestionariusza rejestracyjnego nie wypełniłam pola dotyczącego województwa (jako, że jeszcze mieszkam w Holandii zakładałam, że prowincja Noord Brabant nie będzie znajdować się na liście województw). Jako, że było to pole obowiązkowe system nie pozwolił mi na rejestrację i wyrzucił informację zwrotną o braku danych, ale (1) nie wskazał dokładnie, o czym zapomniałam; (2) nie spróbował mnie poinformować, że dla osób mieszkających za granicą jest oddzielna kategoria: “inne” oraz (3) automatycznie wykasował wpisane przeze mnie hasło i nie dał mi znać, że oprócz brakującego pola muszę raz jeszcze je wpisać.

Żeby te kwestie rozwiązać, ja bym po prostu dodała więcej informacji wyjaśniającej: przede wszystkim przy liście województw albo dodałabym informację,  że osoby mieszkające za granicą powinny wybrać odpowiedź: “inne”, albo po prostu dodała check-box z hasłem: “mieszkam za granicą”. Dodatkowo, w informacji zwrotnej o niewypełnionych polach zaznaczyłabym, że oprócz wypełnienia brakującego pola (z podaniem jego nazwy) należy też po raz kolejny wpisać hasło i że usunięcie hasła następuje automatycznie ze względu na bezpieczeństwo i zachowanie prywatności.

Za to kiedy już przebrnęłam przez uzupełnianie mojego profilu (gdzie bardzo ucieszyło mnie to, że system automatycznie segregował moje miejsca pracy według dat i nie musiałam się tym przejmować) , stwierdziłam, że Goldenline wygrywa o całą długość pyska z LinkedIn-em tym, że pokazuje mój  profil w bardzo czytelnej i przejrzystej formie. W porównaniu profil na LinkedIn-ie wygląda mocno monotonnie, czyli trudno jest wizualnie rozdzielić poszczególnejego  elementy (jak różne miejsca pracy). Goldenline robi też lepsze i treściowo, i wizualnie podsumowanie aktualnego stanowiska pracy i nie obciąża początku profilu stosunkowo mało interesującym podsumowaniem CV. Co Goldenline mógłby zrobić, to poprawić to wizualizację czasu pracy na danym stanowisku: na razie podaje okres od 05.2005 do o5.2006 (miesiąc, rok). Bardziej czytelnie robi to LinkedIn zliczając okres pomiędzy tymi dwiema datami i zaznaczając dodatkowo, że ktoś na danym stanowisku pracował 1 rok.

Tak, że za tworzenie i wizualizację profilu osobowego: Goldenline 1 - 0 LinkedIn.

KONTAKTY

zaproszenia1.jpg

W następnym kroku zabrałam się za wyszukiwanie znajomych na portalu. Goldenline zaproponował mi podanie hasła do mojego konta na gmailu, ale nie przekonał mnie, że jest to wystarczająco bezpieczne i że przypadkiem gdzieś nie zapisze sobie tego hasła. W moim pierwszym zetknięciu z możliwościami odszukania znajomych zabrakło mi też jasnego wskazania innych opcji wyszukiwania, czyli  wpisania adresu emailowego z ręki, a co najważniejsze, wyszukiwania po nazwiskach.Znalazłam niby link wskazujący na więcej opcji wyszukiwania, ale wydał mi sie on niewystarczająco widoczny, w porównaniu z propozycją podania mojego hasła do skrzynki mailowej. W zakładce “Zaproś” opcja wpisania adresu emailowego nowego kontaktu z ręki jest już uwidoczniona, ale nadal brakuje mi wyszczególnienia opcji trzeciej i pewnie najbardziej popularnej, czyli używania portalowej wyszukiwarki.

Zabrakło mi też automatycznie generowanej wiadomości  w emailu zapraszającym do kontaktu. LinkedIn wstawia wiadomość: “I’d like to add you to my professional network on LinkedIn.”. Jest to bardzo grzeczna, profesjonalna wiadomość, która zaoszczędza mi czasu na formułowanie własnej. Goldenline natomiast otwiera przede mną pustego emaila, na widok którego czuję się w obowiązku coś wpisać. Dodatkowo, LinkedIn pokazuje nowe zaproszenia a także czekające wiadomości jako “Action Items”. Jest to bardzo dyskretny przypominacz, że jakieś rzeczy w skrzynce są cały czas jeszcze niezałatwione.

Tak, że za tworzenie sieci kontaktów: Goldenline 0 - 1 LinkedIn.

PRACA

praca2.jpg

Sieci profesjonalne tworzy się po to, żeby zwiekszyć swoje szanse na zatrudnienie. Tak, że kolejnym miejscem, do którego zajrzałam, była wyszukiwarka pracy. Tu trochę trudno było mi porównać oba protale, ponieważ Goldenline ma zasięg dość lokalny, ale i tym razem prostota ich rozwiązania bardziej przypadła mi do gustu, niż propozycja LinkedIn. LinkedIn każe wyszukiwać pracę na  podstawie słów-kluczy i nie podaje ogólnych kategorii dla różnych typów ogłoszeń. Wyszukiwanie na podstawie słów-kluczy jest trudne: weźmy na przykład mój zawód. Moje potencjalne stanowisko pracy może być opisane jako: inżynier użyteczności, specjalista od User Experience, architekt interfejsów użytkownika, projektant interakcji, specjalista od czynników ludzkich, itd. Po wpisaniu każdego z tych stwierdzeń-kluczy mogę liczyć na wiele tych samych i kilka nowych ogłoszeń, co sprawia, że ich przeglądanie jest pracą żmudną i niekoniecznie satysfakcjonującą (bo jak napisać, że chcę zajmować się prowadzeniem projektów zwiazanych z projektowaniem inowacyjnych rozwiązań biznesowych zorientowanych na użytkownika?)

Robert zwrócił moją uwagę, że Goldenline oferuje wyszukiwanie po słowach-kluczach (w pierwszej wersji tego wpisu napisałam, że nie i zupełnie nie wiem, jak mogłam taką dużą wyszukiwarkę przegapić:) , które działa równie słabo w opisanym powyżej przypadku szukania pracy dla specjalisty od UX.  Dodatkowo, Goldenline odpowiednio kategoryzuje otrzymane ogłoszenia i pozwala na pokazywanie tego samego ogłoszenia w więcej niż jednej kategorii. Przeszukiwanie takiej bazy jest łatwiejsze i przyjemniejsze, przynajmniej dla mnie. Zasugerowałabym też tagowanie ogłoszeń przy ich zgłaszaniu i tworzenie chmur z tych tagów, co pokazywałoby jakie zawody są najbardziej poszukiwane).

Tak, że za wspomaganie szukania pracy: Goldenline 1 - 0 LinkedIn.

W ostatniej części powinnam napisać coś o grupach, ale ponieważ niespecjalnie w nich uczestniczę (głównie z powodu do dziś nierozwiązanego problemu retencji postów i komentarzy) , wolałabym się na ten temat nie wypowiadać;)

Jest za to jeszcze jeden dla mnie istotny aspekt odróżniający te dwa portale: prywatność danych na temat moich kontaktów. Na LinkedIn-ie jedynie osoby będące moimi kontaktami mogą zobaczyć, kto jeszcze przynależy do mojej profesjonalnej sieci. Na Goldenline każdy, kto wejdzie na mój profil ma dostęp do tej informacji. Z początku uważałam to za minus dla Goldenline, ale im więcej na ten temat myślę, tym mniej jestem pewna swojej początkowej opinii. Tak, że, przynajmniej na razie, zostawię ten punkt nierozwiązany i poczekam na wzrost własnego doświadczenia z Goldenline.

Czyli w podsumowaniu: Goldenline 2 - 1 LinkedIn.

Aktualności

środa, 20/1/2010

 

klm.jpg

Ostatnio coraz częściej zastanawiam się, co znaczy, że informacja na sieci jest aktualna… Bo przecież nie każda strona i nie każdy portal musi się codziennie zmieniać. Ale kiedy nie mogę znaleźć informacji na temat tego, czy dany kawałek informacji jest jeszcze na czasie, czy już dawno powinien zniknąć, od razu czuję, jak rośnie mi poziom adrenaliny.  Zdarza mi się to szczególnie często w sytuacjach, kiedy od informacji znalezionej (na sieci, ale nie tylko) zależą moje kolejne decyzje. Najbardziej odczuwam to w trakcie podróży, gdzie każda nowa  sytuacja potencjalnie staje się przyczynkiem do zmiany planów. I często w takich momentach brakuje mi szczegółowej informacji na temat potencjalnych opcji. Odczułam to szczególnie w trakcie moich ostatnich podróży do Ameryki Południowej. Przeczytaj resztę tego wpisu »

Tom, Tom i ja

sobota, 5/12/2009


tomtom.jpg

Jakiś czas temu jechaliśmy z Łukaszem, moim mężem, do Dusseldorfu na lotnisko. Łukasz prowadził, ja pilotowałam. Czy też pilotował TomTom – nasz system nawigacyjny, a ja miałam tylko pomagać w tym procesie. Pomoc polegała na tym, że od czasu do czasu miałam znaleźć stacje benzynowe z gazem i przekierować nas przez nie,  raz miałam znaleźć alternatywę dla korka, który napotkaliśmy na drodze i wreszcie miałam wyczyścić trasę, kiedy już prawie byliśmy na lotnisku, bo punkt końcowy był zaznaczony trochę przypadkowo  i trzeba było TomToma zniechęcić, żeby nas tam nie ciągnął.

Przeczytaj resztę tego wpisu »

Donkichoteria czyli walka z drukarkami

sobota, 7/11/2009

 

pdf.jpg

Wreszcie udało mi się wysłać dokrotat do druku, choć  spodziewałam się, że to pisanie pracy jest trudne a nie próba jej przeniesienia  na nośnik analogowy. I choć nie mogę powiedzieć, że pisanie było łatwiejsze niż drukowanie, ale z pewnością kosztowało mnie mniej nerwów. Powód wmożonego poziomu adrenaliny był w zasadzie jeden - konwersja do formatu PDF. Po dwóch latach pracy w firmie produkującej drukarki dałam się przekonać, że jeśli zapiszę dowolnie skonstruowany dokument w formacie PDF to wszystko musi się ładnie wydrukować. A właśnie, że nie… Przeczytaj resztę tego wpisu »

NASA i tworzenie oprogramowania, cz. 2

środa, 30/9/2009

Napisałem jakiś czas temu o NASA i tworzeniu oprogramowania. Zebrało się pod wpisem parę komentarzy, z których wynikało że mój wpis zupełnie nie oddawał tego, co chciałem powiedzieć. Wyjaśnienie, co naprawdę miałem na myśli warte jest osobnego wpisu.

I wydaje mi się, że pomysł to jedno, ale realizacja to druga sprawa. Można mieć świetny pomysł (Twitter), ale czy koniecznie trzeba go pisać w Assemblerze (da się!) albo w C (też się da!) by zostać docenionym za jakoś? Bez przesady.

Przeczytaj resztę tego wpisu »

Nieużyteczność formularzy

czwartek, 10/9/2009

formularze.jpg

Mój mąż miał dziś imieniny,  na które postanowiłam mu zafundować wyścig samochodowy na torze Formuły 1 w Spa Francorchamps w Belgii. Trochę przez przypadek wypatrzyłam, że niedługo będzie tam dzień otwarty, który polega na tym, że ktokolwiek chce, może się zapisać i się scigać (czy też ścignąć;). Dokładnie o coś takiego mi chodziło,  doczytałam więc warunki umowy i zabrałam się za zamawianie.  Zostałam przerzucona na stronę formularza, gdzie w ramach pól obowiązkowych musiałam podać naróżniejsze dane samochodu, który weźmie udział w wyścigu łącznie z objętością cylindrów. Pytanie okazało się problematyczne, jako, że chciałam dla Łukasza wypożyczyć samochód, który bardziej nadawałby się na udział w wyścigu niż nasze staruteńkie auto, a wypożyczalnia nie była mi w stanie udzielić żadnych technicznych informacji na temat potencjalnie dostępnych wersji różnych czterokołowców. Jako, że pola zapytujące o cylkindry itp. były do wypełnienia obowiązkowe,  a ja zaparta, żeby jednak zamówić Łukaszowi udział w wyścigu, nie pozostało nic innego do zrobienia, jak tylko zadzwonić z zapytaniem, co robić. Okazało się, że pole było jedynie “potencjalnie obowiązkowe” i nie miało to absolutnie żadnego znaczenia, jaką informację tam wpiszę. Chodziło jedynie o to, żeby się upewnić, że samochód biorący udział w wyścigu nie jest samochodem wyścigowym, ani też czymś dziwnym (na przykład trójkołowcem). Z rozmowy wynikł jeden smętny cokolwiek wiosek: że w zasadzie większość pytań w formularzu była zbędna. Należałoby w zamian jedynie jasno i wyraźnie napisać, że jakikolwiek samochód niespełniający wymogów postawionych przez organizatorów nie będzie dopuszczony do wyścigu. Przeczytaj resztę tego wpisu »

Let me google it for you

poniedziałek, 31/8/2009

let me that for you

Ile razy zdarzyło się wam, że zostaliście zapytani o coś, co z dużym prawdopodobieństwem pojawiłoby się jako wynik na szczycie listy wyników wygenerowanych przez internetową wyszukiwarkę? Mnie zdarza się to nierzadko, szczególnie, w takich okresach jak niniejszy, czyli na początku roku akademickiego (rok akademicki w Holandii zaczął się dziś). Cały rok akademicki, ale w szczególności jego początek, to okres, w którym niepewni siebie i swej wiedzy studenci co i rusz zaglądają do naszego pokoju doktoranckiego z zapytaniami wszelkiego rodziaju i maści. Niektóre z tych pytań mają rację bytu, ale odpowiedzi na wiele z nich możnaby bez problemu znaleźć używając wyszukiwarki. Jim Garvin i Ryan McGeary znaleźli fantastyczne rozwiązanie tego problemu. Przeczytaj resztę tego wpisu »

Mania mailowania

czwartek, 13/8/2009

mailmania.jpg

Kiedy wczoraj wieczorem wreszcie oderwałam się od dłubania w doktoracie, Łukasz, mój mąż, właśnie  zaczynał oglądać „Top Gear”. Choć całkiem lubię szalone pomysły Jeremiego Clarksona, to jednak „Top Gear” nie przykłuwa bez reszty mojej uwagi. Tak, że nieaktywne zwoje mózgowe miały szansę zając się czymś innym, na przykład, sprawdzeniem mojego maila: najpierw uniwersyteckiego, potem Gmaila, a potem jeszcze Yahoo. W skrzynce uniwersyteckiej działo się niewiele, bo to wakacje a w wakacje ci, którzy mogliby potencjalnie do mnie pisać są na wakacjach. W Gmailu i Yahoo było kilka wiadomości od znajomych, w stosunku do których (i wiadomości i znajomych) odczuwam pewne wyrzuty sumienia z racji kilkudniowego opóźnienia w komunikacji. Tak, że wykorzystałam czas antenowy „Top Gear”, żeby nieco nadrobić zaległości korespondencyjne. Kiedy już skończyłam, przerzuciłam się na Facebooka i Twittera. Wrzuciłam kilka komentarzy, opisałam własny status, zrobiłam quiz identyfikujący mnie z topowymi naukowcami w dziedzinie Interakcja Człowiek-Komputer i wreszcie natknęłam się na linka do artykułu z „New York Times-a” o internetowej manii.  Dla tych, którzy chcieliby artykuł przeczytać , można go znaleźć tu: http://www.nytimes.com/2009/08/10/technology/10morning.html?_r=1.

Przeczytaj resztę tego wpisu »