Wróć na stronę główną

Tanie podróżowanie…

tanielatanie.jpg

Muszę się przyznać, ze ostatnio coraz rzadziej latam tanimi liniami (szczególnie Ryanair-em czy Easyjet-em). I bynajmniej nie jest to znak nagłego wzrostu poziomu zamożności. Nadal jestem doktorantką, a ta praca chyba nigdzie na świecie nie płaci zbyt szczodrze. Mimo tego coraz częściej, kiedy mam gdzieś lecieć, uważnie przyglądam się ofertom linii tak zwanych drogich, jak LOT-u, AirBerlina czy Lufthansy (KLM-u staram się  unikać, bo tam stewardessy do złudzenia przypominają nauczycielki z sennych koszmarów).

Często decyduję się na te “droższe” linie dlatego, żeby wreszcie przestać być okłamywaną co do rzeczywistego kosztu oferowanej mi usługi. Najgorszy w tej mierze jest chyba Ryanair. Ostatnio, na przykład, szukałam lotu na północ Polski. Okazało się, że Ryanair lata z Dusseldorfu Weeze (małego lotniska na granicy holendersko-niemieckiej) do Bydgoszczy a bilet ma kosztować 6 euro. Super sprawa… Tylko, że potem jeszcze trzeba było uiścić opłatę lotniskową - okło 40 euro, opłatę za paliwo - 20 euro, dopłacić za check-in na lotnisku (15 euro w każdą stronę),  zapłacić za nadanie bagażu (30 euro) i w jeszcze wykupić “obowiązkowe” ubezpieczenie podróżne - kolejnych 20 euro. Na koniec okazało się, że muszę opłacić płatność kartą kredytową - po 5 euro za każdy bilet w każdą stronę. I trafił mnie lekki szlag…

Opłata za paliwo jest po prostu manipulacją marketingową - tak naprawdę to cena biletu nie jest 6 euro, tylko 26, ale przecież 6 lepiej brzmi, więc faktyczne koszty są ukryte pod maską opłaty takiej czy siakiej. Check-in na lotnisku i nadanie bagażu jestem w sumie w stanie przeboleć, bo wydrukować sobie bilet potrafię, a od kiedy w podróży na konferencję do Brazylii zgubili mi bagaż i musiałam dawać prezentację w bojówkach i nienajświeższej bluzie z długim rękawem (przy temperaturze 35 stopni), to bagażu staram się nie nadawać.Choć raz, pamiętam, że lecieliśmy Ryanairem na badania podwodne na Madagaskar (Ryanairem lecieliśmy, na szczęście, tylko do Mediolanu) i musieliśmy przepakowywać bagaże, bo choć razem wszystko ważyło mniej niż 30 kilo (czyli po 15 na głowę), to jeden plecak ważył 16 kg a drugi 13. A musiało być po równo…

Za to “obowiązkowe” ubezpieczenie to najzwyklejsze naciągactwo.Po pierwsze najzwyklejsze ubezpiecznienie podróżne z WARTY czy PZU zadziała równie dobrze. Po drugie, Ryanair czy Easyjet w swoich warunkach przewozu jasno podkreślają, że nie biorą praktycznie żadnej odpowiedzialności za opóźnienia, anulacje czy wypadki swoich samolotów. A skoro ubezpieczenia się nakładają, to klient i tak ma prawo do wypłaty tylko jednego z nich. Wreszcie opłata za przelew kartą kredytową - każdy, kto choć raz robił przelew wie, że jest to opłata za jednorazową tranzakcję. Nie zauważyłam, żeby Ryanair przesyłał mi dwa potwierdzenia wpłaty za lot do Bydgoszczy i z powrotem, czyli opłata była jednokrotna. A płacić muszę jak za dwie…

Koniec końców bilet, który miał kosztować 6 euro kosztował mnie mniej więcej 80. Niby dalej nie bardzo drogo, ale cały proces zamawiania pozostawił we mnie dość spory niesmak. Bo Ryanair jest tak skupiony na zarabianiu pieniędzy, że pewnie nidgy nie słyszał o czymś takim jak zarządzanie oczekiwaniami (expectations management). Gdyby tak powiedzieli mi, że  bilet będzie kosztował mnie stuwkę, ale jeśli zdecyduję się na online check-in to cena spadnie, a jeśli pojadę tylko z niewielkim bagażem podręcznym to jeszcze mniej będę płaciła, itp. Niby zapłaciłabym te same 80 euro (bo do Polski lecieć muszę), ale pewnie poczułabym jakbym na tej tranzakcji zrobiła dobry interes.

Oczywiście nie wszystkie tanie linie są takie - na przykład Wizzair czy Germanwings, choć też nie gardzą dodatkowymi opłatami, to nie przesadzają w tej mierze. Ale muszę się przyznać, że kiedy ostatnio bukowałam bilet na sieci na przelot LOT-em i cena, która wyświetliła mi się na pierwszej stronie, okazała się ceną końcową (bez żadnych opłat, nawet za kartę kredytową) to poczułam się potraktowana jak normalny człowiek a nie jak niezamierzony członek podróżniczego plemienia barbarzyńców. Podejrzewam, że LOT, jako państwowa linia komercyjna musi spełniać wymogi unijne w kwestii jednoznacznego podawania końcowej opłaty za bilet. Natomiast Ryanair czy Easyjet jakimś cudem się potrafią od tych wymogów wymigać. Tak, że namawiam na bliższe przyjrzenie się cenom linii uznawanych za nietanie. Czasami okazuje się, że ich oferta jest całkiem podobna do tej oferowanej przez tanich przewoźników, którzy wabią niską acz nieprawdziwą ceną. A zwykłe linie nie ograniczają tak dramatycznie bagażu i nie wkładają do samolotu siedzeń tak, że ledwo można upchnąć kolana. No i są bezpieczniejsze - nowi piloci uczą się latać u tanich przewoźników, a potem ci najlepsi przenoszą sie do linii komercyjnych.

No i w Ryanair nie można sobie nakrzyczeć na obsługę… Jak już kogoś naprawdę wyprowadzą z równowagi tymi wszystkimi opłatami i ma ochotę wypowiedzieć swoje najszczersze myśli, to niech się zastanowi - na lotnisku w Pizie na okienku Ryanaira wisi kartka oznajmująca, że jeśli się nakrzyczy na panią, to po pierwsze bilet automatycznie przepada, a po drugie pani wzywa obsługę lotniska i wyrzuca krzykacza. Ciekawe, co się dzieje, jak się do nich zadzwoni z reklamacjami - rzucają słuchawką?

Wpis “Tanie podróżowanie…” skomentowano 3 razy

  1. Marcin Brodziak pisze:

    Przypomina mi to przygode z Northwest Airlines. Nie jest moze az tak tragiczna, ale nadal malo przyjemna — a jest to, bylo nie bylo, “nietania” linia lotnicza. Rezerwowalem kiedys lot na trasie Zurich-San Francisco-Nowy Jork-Zurich. W San Francisco bylem miesiac, w Nowym Jorku tydzien.

    Caly lot rezerwowalem przez KLM, ale lot SF-NY obslugiwal Northwest Airlines. Gdy zjawilem sie na SFO z dwoma bagazami powiedziano mi, ze to nie ma znaczenia, ze cala moja trasa jest miedzynarodowa i moge miec dwie sztuki bagazu — kawalek do NY jest lotem krajowym, wiec musze zaplacic za nadbagaz!

  2. Agnieszka Szostek pisze:

    Ryanair posunął się dalej ostatnio. Koleżanka leciała na konferencję i miała ze sobą poster formatu A0 w tubie (żeby się nie pomiął). Miała też ze sobą delikatne elementy do demonstratora, który miała prezentować. I, oczywiście, dodatkowo zwykła torbę, gdzie miała ciuchy i tym podobne. Tubę oraz demo chciała zabrac ze sobą na pokład. Ale Ryanair pozwala na tylko jedną sztukę bagażu podręcznego. Żeby mieć prawo do dwóch sztuk trzeba wykupić dodatkowe miejsce w samolocie. Delikatne części demo nie przetrwałyby w bagażu głównym, tak, że tuba z posterem musiała tam się znaleźć. Jak łatwo się domyśleć, poster nie przeżył.

    W sumie to chyba zostawię tę sprawę bez dalszego komentarza…

  3. Juhas pisze:

    Sory ale co to za farmazony, latalem juz troche tanimi liniami i jesli czyta sie uwaznie informacje na temat dopuszczalnego bagazu itd nikt nikomu nie dolicza zadnych dodatkowych oplat. To co placisz rezerwujac lot na www jest rzeczywista suma za przelot, latalem juz kilka razy za 20pln. Trzeba tylko troche myslec podczas rezerwacji, odznaczyc kilka dodatkowych opcji i doplaty beda zbedne. Za dolozone pieniadze wincie swoja niekompetencje.

Dodaj komentarz