O prawdziwych start-up’ach, polemika z Robertem Drozdem.
06 listopad 2007, wtorekZebrało się Robertowi na narzekanie. Że to polskie web2.0 jest tylko kopią amerykańskich pomysłów, że w Polsce ryzykownie jest zakładać firmę, etc. Że nie ma pieniędzy a w Stanach to się pieniędzmi po prostu ocieka. A w Kalifornii to w ogóle (tu Robert cytuje za nieznanym mi autorem) ludzie mają po dwie firmy i parę startup’ów.
Wyjaśnijmy to sobie po męsku! Robercie - to nie tak. Nie jest prawdą, że w USA ludzie ociekają pieniędzmi a od czasu klęski .com’ów business angels w porozumieniu z venture capitalists nie rozdają pieniędzy za prezentację w PowerPoincie. Spędziłem w Kalifornii wystarczająco dużo czasu i rozmawiałem z odpowiednią liczbą ludzi, by móc powiedzieć, że jest to solidną przesadą.
Przesadą zakrawającą na herezję…
Po pierwsze: żaden dwudziestoparolatek nie będzie mieć dwóch firm i paru start up’ów. Dwudziestolatek zajmujący się internetem na poważnie ma zwariowaną ideę, której poświeca cały swój czas. Prawdopodobnie zbuduje wokół niej jedną firmę, ale nie dwie a już na pewno nie dwie plus kilka! Zajęcia menadżerskie pochłonęłyby mu wiecej czasu niż nowa wspaniała wyszukiwarka, serwis społecznościowy czy księgarnia online.
Jak to jest naprawdę.
Po drugie: nie jest tak, że założenie firmy jest lekkie łatwe i przyjemne. Jest łatwiejsze, ale bez przesady. Od pierwszego programisty firmy Xobni (jednego z lepszych startupów tego roku), którego osobiście poznałem gdy jeszcze pracował w Google, dowiedziałem się że:
- najpierw jest pomysł,
- potem trzeba go wykonać w jakikolwiek sposób za śmieszne pieniądze,
- i dopiero na koniec znajdują się inwestorzy.
W pierwszej fazie projektu Xobni korzystało z pomocy firmy Y Combinator, która wykłada po 20 tys. $ na pracownika na pół roku. To tak akurat, żeby przeżyć. Więcej zarabia się w niemal każdej firmie informatycznej w San Francisco. Dopiero gdy okazało się, że coś “się kręci” a reportaże w gazetach były super optymistyczne, pojawiły się pieniądze od pozostałych inwestorów.
Smutne acz prawdziwe wnioski.
Wyciągnąłeś Robercie smutne wnioski o odtwórczości polskiego Internetu. WebKwadrat jest tu rzeczywiście dość interesującym antyprzykładem. Web2.0 naprawdę jest wszystkim tylko nie tym… Dobrze też zdiagnozowałeś, że polskie firmy desperacko poszukują pomysłów gwarantujących sukces. Warto byłoby jednak dotrzeć do źródeł problemu a nie poprzestać na komentarzu objawów.
Różnica jest w mentalności…
Amerykanin, któremu nie udało się ze start up’em jest dla przyszłego pracodawcy człowiekiem z interesującym doświadczeniem. Mówię to bez cienia ironii! Ktoś, kto przeżył porażkę i wyciągnął z niej wnioski będzie cenny w każdym projekcie. Może zauważy w odpowiednim momencie, że projekt zmierza w złym kierunku i zaalarmuje? Może uratuje go przed upadkiem? Wreszcie: może będzie pracował wydajniej, by sobie samemu udowodnić, że jest coś wart. (Tak, właśnie sobie — firmie udowadniać niczego nie musi.)
Polak, któremu się nie udało ze start-upem staje się — niestety — pośmiewiskiem znajomych (”I co, stary - utonąłeś w długach po emeryturę?”), jest z politowaniem traktowany przez rodzinę (”I po co ci to było? A mogłeś wyjechać na saksy jak Franek zza płota…”) i traktowany z buta przez pracodawcę (”No tak, nie wyszło ci, jesteś fajtłapą — to czego oczekujesz ode mnie? Więcej jak trzy tysiące nie dam, choć nawet studentom daję trzy i pół.”). Traci motywację i emocjonalnie umiera.
Ta desperacja w poszukiwaniu pomysłu-który-na-pewno-chwyci wynika z irracjonalnej obawy o to, co ini powiedzą. Już na początku polski webdwazerowiec podświadomie zdaje sobie sprawę z tego, że gdy mu nie wyjdzie nie stanie przed rodziną i nie powie: “Tak, nie wyszło. To i to zrobiłem źle. Mój pomysł był zbyt ambitny albo ja miałem za mało umiejętności by go zrealizować. Następnym razem pójdzie lepiej.” To go paraliżuje.
Kwestia miernoty naprawdę nie leży w kosztach! Tak jak Amerykanin żyje przez pół roku na garnuszku żałośnie płacącego seed capital, tak większość mi znanych osób mogłaby żyć np. na koszt rodziców. Pół roku wyżywienia ich nie obciąży zbytnio. Te paręset złotych na serwer, też się gdzieś znajdzie. Jak wyjdzie — inwestor przybiegnie sam. Nawet niekoniecznie w Polsce! Ot dla przykładu zobaczmy naszą klasę, którą zainteresowali się ludzie z eBay’a.
A jak nie — dopiero wtedy warto rozważyć wyjazd na saksy. Najlepiej do firmy informatycznej, która z otwartymi ramionami powita doświadczonego, wykształconego pracownika z pomysłami. Rok-dwa później można wrócić i powtórzyć eksperyment. Może tym razem już wyjdzie?
Niektórym się jednak udaje…
Robercie, jesteś jednym z tych, którym wyszło! Powiedzmy to szczerze — założyłeś firmę, której nieźle się powodzi. Masz pojęcie o co biega w twojej branży, powoli wyrastasz w Polsce na autorytet w swojej dziedzinie. Rób swoje, dawaj przykład innym, motywuj — niech im też wychodzi.
A webkwadratem się nie zajmuj. Tak samo jak amerykańskie blogi nie rozpisują się o Profilactic czy Qoop, tak samo my nie marnujmy literek na amatorów, którzy cośtam podsłuchali, cośtam zrobili ale nie do końca tak jak by trzeba było.

