W zasadzie miało być o CSSie, bo mam parę bardzo fajny przykład, który pokazuje dlaczego jest on wielkim problemem dla twórców aplikacji webowych. Miało też być o XMLu i niezrozumieniu wokół niego. Wszystko to w nawiązaniu do poprzedniego wpisu, który ociupinkę dyskusji wywołał. Będzie - ale później.
Dzisiaj o prawach autorskich
Pamiętam, jak po strajku młodzieży pod ministerstwem posypały się komentarze, że rząd z górnikami chce negocjować, bo się ich boi, lekarzy straszy kamaszami a na gimnazjalistów posyła policję. Mam wrażenie, że podobne podejście do walki z prawami autorskimi stosuje Stowarzyszenie Filmowców Polskich.
Możnaby wziąć się za dużych: YouTube, Metacafe. To nie - zacznijmy od zrobienia zadymy wokół małych, lokalnych, społecznościowych serwisów. Bo YouTube jest duże, ma za sobą pieniądze i wogóle jest za granicą. A wogóle co to jeset YouTube? Przypomina mi to obrazek (nie wkleję go tutaj, bo jeszcze mnie ktoś poda do sądu) składający się z czterech scenek: szef krzyczy na pracownika, on wraca do domu i krzyczy na żonę, żona na dziecko a dziecko idzie do pokoju i tam krzyczy na misia. Nie wiem kim jest mama SFP, ale krzyczenie na misia moim zdaniem nie licuje z powagą Stowaryszenia tej rangi.
Gdyby tylko w Stowarzyszeniu ktoś pomyślał… Nie ma sensu atakować luzior.pl. Luzior nie ma pieniędzy!. Praw nie zapłaci, utwory pewnie ściągnie ze strony. SFP może sobie je wsadzić — na półkę, by się kurzyły. Lub za psie pieniądze wypożyczyć Polsatowi by mieć z czego opłacić działalność statutową.
Ma za to sens wycieczka do San Bruno, bo oprócz kalifornijskiego klimatu i najlepszych Shake’ów na świecie, można spotkać się z YouTube’m i omówić sprawę ewentualnej umowy i licencjonowania filmów. SFP dostanie pieniądze (większe niż mogłoby marzyć), YouTube i luzior podtrzymają kult Janosika i Czterech Pancernych i wszyscy będą szczęśliwi.
No, ale lepiej jest być tym złym gliną.