Wróć na stronę główną

Archiwum: maj 2007

Historia nauczyciela historii

29 maj 2007, wtorek

Rozmawiałem ostatnio z nauczycielem historii, który bardzo mi się żalił, że odkąd powstała Wikipedia, uczniowie nie piszą prac tylko kopiują i wklejają. Wtedy się z nim zgodziłem, że Wikipedia może być problemem dla nauczycieli, ale po przemyśleniu dochodzę do wniosku, że byłem w błedzie. Po prostu świat się zmienił, a szkoła chyba za nim nie nadążyła.

Kiedyś wiedza (rozumiana jako ilość wiadomości wykutych na blachę) była bardzo cenna. Zdobycie informacji było rzeczą trudną - trzeba było sięgnąć do encyklopedii, podręcznika, trochę poszperać w bibliotece. To wiązało się z wysiłkiem, więc zapamiętanie informacji, o ile mogła być potencjalnie potrzebna, było jak najbardziej sensowne i porządane. Podejście pamięciowe do uczenia było uzasadnione.

Oczywiście również wtedy zdawano sobie sprawę, że przede wszystkim trzeba myśleć, ale dopiero dzisiaj przewaga myślenia nad pamięcią stała się tak wyraźna. Znajomość faktów, nie jest tak bardzo potrzebna, bo dostęp do Internetu ułatwia ich zdobycie. Liczy się za to umiejętność sprawdzenia wiarygodności źródła, wyciągania wniosków i podjęcia na ich podstawie odpowiedniej decyzji.

Stąd kładzenie dzisiaj nacisku na pamiętanie i odtwarzanie wiadomości jest moim zdaniem bez sensu, mimo to wiele nauczycieli tego oczekuje. Uczniowie czując bezsensowność wysilania się, wchodzą na wikipedię i już znają wszystkie daty bitw Napoleona i kto był głównodowodzącym południa w wojnie secesyjnej. A nauczciele się wkurzają, że ich podopieczni idą na łatwiznę.

Stąd moja gorąca prośba do nauczycieli, by nie kazali uczniom streszczać i opisywać wydarzeń historycznych, a skoncentrowali się na interpretacji i wyciąganiu wniosków. Może doszukiwaniu się analogii pomiędzy historią a współczesnością? Może ciekawych detalach, których nie znajdzie się w internecie? W przeciwnym wypadku, jak tylko Hakia dopracuje swoją wyszukiwarkę, będa mogli spodziewać się odpowiedzi jeszcze bardziej “internetowych”.

Selen na zdrowie, czyli automatyczne testowanie interfejsów użytkownika

24 maj 2007, czwartek

Przyjęło się, nie wiedzieć czemu, że interfejsy użytkownika można testować tylko ręcznie. Nic bardziej błędnego! Fakt, do dzisiaj testowanie interfejsów przebiega głównie z pomocą sztabu testerów, którzy sprawdzają czy każdy scenariusz w aplikacji przebiega dokładnie tak, jak go zaplanował projektant interakcji (heh, nie lubię tego tłumaczenia, ale i tak jest lepsze niż projektant doświadczeń użytkownika, jak ktoś przetłumaczył user experience designer). Chciałbym jednak zwrócić uwagę na kilka projektów pomagających tę pracę zautomatyzować.

Selenium jest projektem który ma pozwolić na zautomatyzowanie testowania interfejsów użytkownika. Stopień skomplikowania jego użycia jest taki sam, jak stopień skomplikowania znanych powszechnie narzędzi typu xUnit. Można go w miare łatwo zintegrować z systemami typu continuous build. Serdecznie polecam.

Drugą rzeczą, którą sprawdziłem i która działa całkiem sprawnie jest JSUnit. Także polecam uwadze tworzących strony internetowe z dużą ilością java scriptu. Moim zdaniem nie da się tworzyć dobrego oprogramowania bez testów, a że javascript przestał być językiem służącym tylko do sprawdzania poprawności formularzy, najwyższy czas podejść do niego równie poważnie jak do innych języków.

Próbowałem też korzystać z HttpUnit które ładnie integruje się z JUnit, ale niestety nie potrafi ono obsługiwać zapytań XmlHttpRequest, co wyklucza stosowanie jej w nowoczesnych aplikacjach.

To nie diabeł tkwi w szczegółach.

20 maj 2007, niedziela

Dyskusje, jak powinien wyglądać interfejs do X toczą się w moim pobliżu w zasadzie cały czas. Nie ma chyba dnia, bym nie usłyszał od kogoś, że link X powinien być przesunięty do góry, a przycisk X powinien mieć pogrubioną czcionkę, bo tak będzie łatwiej. Ostatnio zwrócono mi uwagę na miejsce w którym pojawia się kursor w okienku chat’u, które poprawiałem.

Takich malutkich niedogodności, które ciągle pozostały nam do zrobienia są setki. Minimalnych niedopracowań, z których żadne tak na prawdę nie ma wpływu na podstawową funkcjonalność aplikacji którą piszemy, ale sprawia, że korzystanie z niej jest troszczkę mniej wygodne, mniej naturalne, troszeczkę bardziej męczące.

Cała przewaga rewelacyjnych stron czy aplikacji webowych nad po prostu dobrymi tkwi w szczegółach. W wyborze daty za pomocą ładnego kalendarza napisanego w Javascripcie a nie pola w którym wpisujemy daty w formie MM/DD/YYYY (że już o gorszych rozwiązaniach nie wspomnę).

W końcu — czym tak naprawdę może się różnić jeden system pocztowy od innego, jeśli nie paroma szczegółami. W końcu “reply” i “send” raczej nie wyglądają na rzeczy, które ktoś w najbliższym czasie zmieni.

Szkółka niedzielna

12 maj 2007, sobota

Dostałem parę tygodni temu list, w którym ktoś prosi mnie o nauczenie, jak należy tworzyć strony internetowe. Nie byłem w stanie odpowiedzieć na niego od razu, ale może lepiej późno niż wcale?

Jak zauważyłem na Pana stronie, zajmuje się Pan krytyką stron, dlatego też chciałem się zapytać, jakie są podstawowe zasady tworzenia stron www.
Czy są jakieś zalecenia, porady itp. ?
Zamierzam zrobić stronę internetową o grupie Monty Pythona. [pogrubienie - MB] Pomysł już mam, w głowie mniej-więcej sobie ułożyłem, co ma tam być i w jakiej formie.
Dlatego pytanie do Pana- czy mógłby Pan doradzić mi coś, co pomogłoby mi w zrobieniu dobrej strony internetowej ?

Od strony formalnej

No i co można odpowiedzieć? Poczytaj Nielsena, Flandersa i wyciągnij z tego wnioski. Standardowy układ, bez flashowych animacji, Boże b roń wyskakujących reklam, podkreśl linki i zrób je na niebiesko, pamiętaj, by odwiedzone miały inny - bledszy - kolor. Postaraj się, by strona ładowała się szybko. Gdzie to poprawia szybkość i jest wygodne, posil się javascriptem. […bla bla bla…]

Jak już zrobisz tą stronę, jakakolwiek by ona nie była, poproś trzy osoby, by skorzystały z niej przez pół godziny. Potem niech powiedzą, co im się podoba a co nie i to popraw. Popraw i powtórz eksperyment. Zrób to z pięć razy z różnymi ludźmi, a jak już wszyscy będą zadowoleni możesz pokazać stronę dalej. Ważne, by słuchać uwag a nie przekonywać testerów, że coś robią nie tak (to chyba najczęstszy błąd początkujących user experience researcher’ów).

Heh. I to chyba tyle miałbym w tej sprawie do opowiedzenia. Im dłużej śledzę jak rozwijają się różne projekty i jak zajmują się nimi różni ludzie, tym bardziej przekonuję się, że nie ma “złotych reguł”. A całość powinien zastąpić zdrowy rozsądek. Myślę, że powyższe podsumowanie odpowiedzialnej osobnie naprawdę wystarczyłoby do stworzenia bardzo, bardzo, bardzo dobrej strony. I niech mi się ktoś z tym nie zgodzi! ;)

Od strony ogólnej

Przeraża mnie w liście, który dostałem następujący fakt:

[..] Pomysł już mam, w głowie mniej-więcej sobie ułożyłem, co ma tam być i w jakiej formie. [..].

Strona ma być o Monty Pythonie. Takich stron jest w Internecie mnóstwo. Ot chociażby modrzew.stopklatka.pl (nb. zainicjowana przez mojego kolegę z liceum), w tej chwili będąca pierwsza w wynikach wyszukiwania Google.

Jesteś w stanie zrobić lepszą? Co więcej zaoferuje? Ja jak najbardziej życzę powodzenia i sukcesów — ale ile jest stron o Monty Pythonie we wszystich językach świata?

Cechą internetu jest to, że wygrywa albo pierwszy albo najlepszy, ale wygrywając przebija wszystkich innych o rząd wielkości. Kiedy Amerykanin myśli o zakupach przez internet, to co mu przychodzi do głowy? Jak Polak chce coś sprzedać w internecie, to gdzie sprzedaje? A kiedy Ty szukasz czegoś w sieci, to z jakiej wyszukiwarki korzystasz? Ja bym odpowiedział: Amazon, Allegro i Google. Jeśli odpowiesz inaczej na dwa z trzech pytań, to będzie to dla mnie dziwne.

I tu właśnie jest problem - nie licząc paru dość specyficznych typów serwisów, pierwszy bierze wszystko i zagarnia zdecydowaną większość użytkowników. Rzadko się zdarza, że drugiemu czy trzeciemu udaje się przebić pozostałych jakością w takim stopniu, by przyciągnąć masę krytyczną użytkowników pozwalającą na zmotywowanie twórców do utrzymania serwisu na przyzwoitym poziomie.

Są oczywiście wyjątki, którym się udało. Są nawet firmy tak bezczelne, że non stop wchodzą na zajęte już rynki i próbują tam swoich sił a czasem nawet im wychodzi (tak, mam tu na myśli mojego obecnego pracodawcę i produkty typu GMail, Docs&Spreadsheets, Maps czy Calendar). Ale to wyjątki mające mnóstwo pieniędzy z innych źródeł.

Jeśli chcesz zrobić stronę, która będzie czymś więcej niż tylko yet another tribute to Monty Python, czy też kolejnym repozytorium tych samych skeczy, które co prawda ciągle nas bawią, ale widzieliśmy je już setki razy - lepiej naprawdę się wysil!