
Wszyscy wiemy, że przykazań jest 10. Ale to nie do końca prawda, bo do tych 10 przykazań dopisano jeszcze mnóstwo przykazań jedenastych. Komukolwiek nie wpadnie do łba jakieś mądrzejsze powiedzonko, od razu robi z tego jedenaste przykazanie. Moje jedenaste przykazanie na dziś brzmi nie nazywaj strony web 2.0, jeśli nie wiesz, co znaczy ten termin.
Zgodnie z nim, żadna strona nie powinna się określać mianem serwisu web 2.0, bo definicji tego terminu tak na dobrą sprawę nikt nie zna. Ciekawie się złożyło, że wszyscy wielcy przestrzegają mojego przykazania i się nie chwalą. Widział ktoś napis web 2.0 compatible na stronach amazon.com? Google? Może del.icio.us? Nie? A może na digg.com? No to jeszcze spróbujcie na flickr.com. Oj, przykro mi bardzo - nawet tam web2.0 nie ma w disclaimerze.
Nikt pewnie nie podważy webdwazerowości owych znanych i poważanych serwisów. Niestety poza tymi wielkimi zapanował pewien niezrozumiały fetysz nazwy. Otóż przykładowy serwis-nieporozumienie web2
- tło z gradientem
- wielki napis web2.0
- wersja beta
- gigantyczna reklama i krzyczenie o swoich rewelacyjnych zaletach
Tak, to było o OLO.
Przypomina mi to fajny post Building your very own web 2.0 layout. Tak, web2.0 to gradienty, social networking, ruby on rails i jeszcze mnóstwo innych bajerów. Kurcze pieczone nadziewane truflami i z chrzanem! To nie o to przecież chodzi.
Moje spojrzenie na web2.0
Jeśli dobrze rozumiem termin web2.0, to ostatnią rzeczą którą powinna posiadać strona chcąca się do tego trendu zaliczyć jest chwalenie się dwazerowością. Dlaczego? Bo to jest strona nastawiona na ludzi a nie na trendy!
Każdy z wymienionych przeze mnie serwisów nie miałby szans istnieć bez ludzi. Gdyby ludzie nie stworzyli linków w sieci, nie byłoby Google’a. Gdyby ludzie nie chodzili po amazon.com - też by miał zupełnie inny kształt. Amazonki nie mogłyby zaimplementować wszystkich superwyrafinowanych algorytmów o których pewnie w Polsce słyszało ze 100 osób i dzięki którym Amazon jest jaki jest. Wreszcie - ludzie tworzą Wikipedię.
Web2.0 wykracza daleko poza sieć. Niektórzy znają Netflix — to dość popularna w USA firma wypożyczająca filmy drogą pocztową. Wszyscy ją zaliczą do trendu web2.0, bo ma stronę z mnóstwem bajerów które pozwalają moca kolektywu i zaawansowanej statystyki łatwo wybrać filmy, które przypadną nam do gustu. Jednak dla Netflixu sieć jest tylko początkiem doświadczenia jakim jest znalezienie odpowiedniego filmu i obejrzenie go. Najważniejsza część całego zdarzenia — przesiedzenie 1.5h przed telewizorem — odbywa się już poza siecią!
Web2.0 istnieje od lat
Gdybym miał głosować na najlepszy serwis web2.0 w Polsce, nie byłby to ani wykop.pl, ani olo.pl, nie byłoby to też grono.net.
Gdzieś od 2001 roku w Polsce istnieje Biblionetka. Serwis który zarekomenduje ci książkę, która ci się spodoba. Idea jest prosta - czytasz książki i oceniasz je. Na podstawie tego i ocen innych użytkowników system poleci ci książki które mają szansę ci się spodobać. Sprawuje się dzielnie, oceny ma całkiem trafne - korzystam i rzadko jestem zawiedziony. Serwis jest w miarę wygodny, przyzwoicie użyteczny, o ile dobrze pamiętam nie ma ajaxa.
Niestety, brak gradientów i odpowiedniego zadęcia nie zrobi z niego gwiazdy nowych trendów. Umknie uwadze w gronie miernej jakości wypocin o nowoczesnym social-networkingu i przerabianiu na setki tysięcy sposobów tego, co już znane i oklepane — bookmarków, tagów, blogów — rzeczy, z którymi tyle osób już się zmagało, że naprawdę ciężko będzie odkryć w nich coś nowego.
Stąd doszedłbym do następującej konkluzji: Web 2.0 to umiejętne wykorzystanie potencjału, który leży w grupie ludzi i stworzenie z ich pomocą usługi wykorzystującej technologie sieciowe, która znacząco polepszy pewien fragment ich życia.