Wróć na stronę główną

Archiwum: marzec 2006

Walidacja raz jeszcze

30 marzec 2006, czwartek

Taka krótka notka. Kiedyś ktoś stwierdził na liście dyskusyjnej o usability, że walidacja nie jest konieczna i za przykład podał stronę Google’a, która się nie waliduje.

Myślę sobie, że jest tu pewna drobna kwestia, którą łatwo przeoczyć: Google to firma, która nad swoją stroną czuwa cały czas, a my — mali twórcy na zlecenie — robimy zazwyczaj stronę czy serwis jednokrotnie a potem o niej zapominamy.

Jeśli strona Google, Amazon czy czegokolwiek dużego i rozsądnego w tej chwili się nie waliduje, to o niczym nie świadczy, bo prawdopodobnie zostało sprawdzone czy na wszystkich możliwych do wykorzystania w danej chwili narzędziach strona wygląda dobrze i nadaje się do użycia.

My zapomniawszy o stronie którą robiliśmy dla klienta rok temu, nie poprawimy błędów które wynikły z naszego błędnego kodu w nowej wersji przeglądarki. A dobrze wyglądający i walidujący się kod w tej chwili z dużym prawdopodobieństwem się nie zostanie źle wyświetlony za rok czy dwa, bo mimo wszystko twórcy przeglądarek dążą zgodności ze standardami.

Tak na boku, to Google dość dobrze dba o swoje strony — zgłaszałem im ostatnio dwa bugi (w tym jeden dość poważny) i poprawili je w ciągu 24h.

Omijanie rejestracji

29 marzec 2006, środa

Obecnie każda strona chce, żeby się rejestrować. Sklep internetowy, bank, rejestracja w kinie, knajpa gdzie chcę zamówić stolik, pizzeria z zamówieniem online, portal pierwszy, drugi, trzeci, czwarty, blog kolegi, nawet fora dyskusyjne otwarte dla wszystkich!

Pomijam już celowość obowiązkowej rejestracji w miejscach otwartych dla wszystkich, w których nikt nie sprawdza tożsamości — ale na litość boską, paru zdroworozsądkowych rzeczy takie miejsca powinny przestrzegać!

Ot chociażby rozsądne przypominanie hasła. W niektórych miejscach trzeba odpowiedzieć na jakieś idiotyczne z kosmosu wzięte pytanie (np. imię pierwszej miłości — jakby nikt poza nami go nie znał), w innych jak np. na stronie Heliosu wogóle tej opcji nie przewidziano. Cóż, pewnie chcą się za rok pochwalić milionem zarejestrowanych klientów.

Fajna rzecz, którą jakiś czas temu wymyślono to serwis Bug Me Not, który pozwala omijać obowiązkową rejestrację, którą ktoś zrobił bezmyślnie lub tylko dla samego faktu rejestracji. Jednak nie jest to panaceum na bolączkę logowania się do sklepów internetowych, banków i poczty.

A gdyby tak zobić jeden centralny serwer przechowujący loginy, hasła i dane osobowe wszystkich użytkowników? Nie, nie chodzi mi tu o ewidencję ludności — w nim tak samo możnaby się zarejestrować wielokrotnie i mieć kilka kont, jak obecnie. Byle tylko każde z tych kont dało się wykorzystać we wszytkich serwisach.

Drugie wyjście — upowszechnienie wreszcie podpisów cyfrowych. Je też bez problemu możnaby wykorzystać zamiast obowiązkowej rejestracji.

Autoresponder

28 marzec 2006, wtorek

Zajrzyjcie na stronę Free Bot. Propaguje ona autorespondery — czyli boty, którym raz programuje się ileśtam maili i każdy zarejestrowany użytkownik dostanie całą ich serię w równych odstępach od momentu zarejestrowania. Pominę język strony, który można w skrócie określić jako ‘marketingowe wodolejstwo’, skoncentruję się na idei.

za (i kiedy uzyc) przeciw (i kiedy nie używać)
  • korespondencyjne kursy online — narzędzie w zasadzie oczywiste
  • przypominacze (np. cowieczorne przypomnienie o pigułce antykoncepcyjnej na maila ;))
  • rozwiązanie ma: pozory prywatności, ewentualną personalizację, do pewnego stopnia poufność i jest dostarczane tylko tym, którzy jego chcą
  • zamiast newsletterów — gdzie tu news, skoro koleżanka dostała go tydzień temu i może mi od razu posłać
  • zamiast bloga — nie, bo nie ma w tym nowości i spontaniczności
  • rozwiązaniu brakuje też: kontaktu z wieloma użytkownikami naraz, publiczności i otwartości

Bogatszy komentarz, który mi przyszedł do głowy gdy pisałem maila do jednej z osób, dla których robię w tej chwili stronę internetową. Wybaczcie brak ogonków.

Krótki cytat z maila

Najwazniejszym, wazniejszym od strony www, narzedziem e-biznesu jest wielokrotny autoresponder.

Nie moze byc wazniejszy od strony internetowej, chociazby dlatego, ze to strona internetowa musi zachecic do skorzystania z autorespondera! To na strone czlowiek wejdzie najpierw.

Nie ma drugiego narzedzia, ktore potrafi w pelni automatycznie i tak skutecznie przekazac klientowi tak wiele informacji.

O ile klient z niego nie zrezygnuje po tygodniu. Wyobraz sobie cos takiego — subskrybujesz autorespondera i dowiadujesz sie, ze Twoja kolezanka rowniez to robi, tyle, ze od okolo pol roku, wiec ma pare wydan wiecej. Prosisz ja o przeslanie ich do Ciebie i przegladasz je blyskawicznie, rownie szybko jak strone internetowa. Nie wynosisz absolutnie nic wiecej.

Poza tym nie rozumiem, skad zalozenie, ze czlowiek przeczyta mail dokladniej niz strone internetowa? Po jednym i drugim ludzie przelatuja wzrokiem zatrzymujac sie na calosci okolo 6-8 sekund.

A tak wogóle to możn ufać komuś, kto chwali się referenacjami ze strony mającej flashowe popupy lub też kompletnie rozjeżdżającej się pod firefoxem?

Zostanę statystykiem ;)

21 marzec 2006, wtorek

Rozkład popularności blogów
Rozkład popularności blogów.

Lepsi ode mnie próbowali już spojrzeć na blogi jako na coś, co się da analizować statystycznie. Tak się składa, że napisałem kiedyś crawler który biega po polskich blogach i powtórzyłem ich eksperymenty. Analizie zostało poddane około 18 tysięcy blogów z serwisów blog.pl, blog.onet.pl i blox.pl.

No i oczywiście nie jest dla nikogo szczególnym zaskoczeniem, że popularność blogów (mierzona w ilości linków prowadzących do nich) jest zgodna z rozkładem Zipfa. Dowód powyżej (wybaczcie nieco niechlujny wykres).

Do eksperymentu zmotywowała mnie Beata.

Rowerem nie do celu

19 marzec 2006, niedziela


Strona firmy Kross.

Wasz komentarz:

Uprzejmie zgłaszam stronę http://www.kross.pl/ do Pana serwisu. Webdesigner wyżygał się flash’em. A poza tym miałem kiedyś ich rower i miał krzywą ramę! Ale oczywiście nic nie sugeruję… :)

Mój dodatek: Litania błędów na stronie i tym razem nie jest krótka. Pewnie potrafiłbym zapełnić nimi 10 stronicowy raport, ale skoncentruję się tylko na idiotycznej nawigacji, która utrudni przeciętnemu pięćdziesięciolatkowki kupno roweru.

Zrobiłem krótki test: pokazałem stronę koleżance, która lubi jeździć rowerem. Pierwsze, czego szukała to zdjęć rowerów które firma ma w ofercie. Po 5 kliknięciach nie znalazła żadnego. Hmm… chyba nie tego oczekiwała.

Z tego co widzę firma Kross musiała wyłożyć naprawdę niemałe pieniądze na stronę, która nie spełnia podstawowego wymagania: nie dostarcza użytkownikom informacji których oczekują!

Jared Spool mówił kiedyś o dwóch internetowych sklepach z butami trekkingowymi, które były niemal identyczne a ale jednak jeden z nich miał dużo większe zyski. Okazało się, że za różnicę odpowiadał mały detal: ten lepszy sklep miał zdjęcia podeszw butów, których kształt był dla klientów bardzo istotny!

Istotnym elementem dla ludzi kupujących rowery są np. wymiar ramy, cena, kolorystyka, rodzaj osprzętu… można wymieniać bez końca. Jeśli się tego im nie dostarczy, uciekną. Nie skusza ich nawet najwspanialsze animacje flashowe! Kreacja marki nie zadziała! Nie w tym przypadku!

Jak nie opisywać filmów

17 marzec 2006, piątek


Idiotyczna data filmu na stronie kina Helios.

Niektóre strony mają to do siebie, że nie mają flasha a potrafią naprawdę solidnie wkurzyć. Zobaczmy na listę wymagań:

  • IE 6.0
  • flash (tylko w splashpage)!
  • rozdzielczość… sami zobaczcie

Splash page to betka w porównaniu z tym, co nas czeka w środku. Nawigacja nie dość, że jest niestandardowa, to jeszcze idiotycznie zorganizowana! Ot chociażby żeby w czwartek dostać repertuar na piątek muszę wybrać repertuar na przyszły tydzień — widać niektórzy zaczynają tydzień od piątku.

W momencie wybierania siedzenia trzeba z góry zadecydować, czy będzie ono zajmowane przez człowieka kupującego normalny bilet czy ulgowy. Naprawdę nie rozumiem jak ta informacja zmienia proces rezerwacji miejsca w kinie.

Polecam zobaczyć stronę kina Helios, przynajmniej oddziału Wrocławskiego. Niestety nie udało mi się zobaczyć innych, bo w momencie pierwszego wyboru miasta ustawiane jest cookie, które potem automatycznie decyduje na nas gdzie mieszkamy. W całym serwisie nie znalazłem ani jednego miejsca, w którym dałoby się zmienić raz wybrane miejsce zamieszkania. Oczywiście każdy Kowalski który przenosi się z Wrocławia do Katowic wie, jak w swojej przeglądarce usunąć cookie.

Strona ma niesamowicie dziwne user-experience. Z jednej strony ułatwia zdobycie biletu na film, z drugiej jest tak nieintuicyjna, że gorzej się nie dało. Może Helios ma za dużo gości?

Jak uporządkowałbym blogi

16 marzec 2006, czwartek

Katalogi blogowe (czy jakichkolwiek innych stron internetowych) dzielą się na trzy niezupełnie rozłączne grupy:

  • niemoderowane zupełnie,
  • moderowane niespiesznie,
  • moderowane niejasno.

Tak, zanim spadnie na mnie deszcz gromów, strzał i pogróżek już tłumaczę, co mam na myśli pod moderowaniem niejasnym. Pozostałe terminy (mam nadzieję) tłumaczą się same.

Otóż moderowanie niejasne występuje wtedy, gdy zachodzi przynajmniej jeden z poniższych warunków

  • nie wiadomo (i nie można tego szybko sprawdzić), kto jest moderatorem,
  • nie są znane kryteria moderowania.

W pierwszym punkcie chodzi mi o coś bardziej konstruktywnego niż ‘moderuje redakcja’. Kto wchodzi w skład redakcji? Jakie ma doświadczenie? Czy wogóle jest sens liczyć się z jego opinią? Itp. itd. Ani blogfrog, ani 10przykazan.com nie udzielają takich informacji. Akurat tak się składa, że znam nazwisko przynajmniej jednego współtwórcy BlogFroga — ale czy wie to przysłowiowy Kowalski?

Drugi sprawa to jakie kwestie decydują o przyjęciu lub odrzuceniu bloga z serwisu. Do blogfroga dodałem się bez problemu i nawet dostałem jakąś ocenę redakcji (a czytelnicy ocenili mnie lepiej ;)). Do 10przykazan.com zgłosił mnie kolega i jakoś ani on, ani ja nie zostaliśmy poinformowani czemu mój blog tam nie trafił. Pewnie zawyżyłby poziom ;)

Kryteria, które powinny spełnić blogi powinny być jasne i klarowne. Może to być cokolwiek — od “trzeba się spodobać panowi X” poprzez “mieć ilość błędów ortograficznych nie przekraczającą 10 w pojedynczym zdaniu”, “umieć sformułować oryginalną myśl i ją wyłożyć w trzech akapitach” aż to “trzeba ziać nienawiścią do Tokio Hotel”. Nieważne, jakie te kryteria są — byle gdzieś zostały wypisane.

Gdybym miał trochę czasu…

Generalnie wąpię, by dało się zrobić sensowny katalog, który byłby pozbawiony wszystkich opisanych przeze mnie błędów. Zbyt precyzyjne kryteria sprawią, że katalog może być nieludzko wybiórczy, zbyt luźne, że każdy będzie mógł się dodać i padnie poziom oraz prestiżowość systemu.

Gdybym sam konstruował katalog blogów podszedłbym do tego społecznie. Taki pomysł rodem z amerykańskiego snu o web2.0:

  • Do katalogu wpisuję blogi wszystkich moich znajomych, które moim zdaniem mają jakiś poziom.
  • Każdy, kogo blog jest już w katalogu, może dodać blogi swoich znajomych. Żeby został zarejestrowany musi uzyskać pozytywną opinię kilku niezależnych osób, już obecnych w katalogu (np. w liczbie logarytmu z ilości już zarejestrowanych blogów).
  • Każdy ‘zarejestrowany’ ma prawo ocenić, opisać, skomentować, oznaczyć tagiem każdy blog poza swoim.
  • Osoby postronne mają dostęp do wszystkiego na zasadzie przeglądania. Ewentualnie mogą dopisywać i oceniać komentarze (np. jak na amazon.com: ten komentarz był dla mnie przydatny / tamten nie niczego nie wniósł).

Nie ma problemu z szybkością moderowania — katalog rozrasta się wykładniczo, w tempie plotki. Potrzeba rosnącej ilości akceptacji jest hamulcem gwarantującym, że za dużo śmieci się nie dostanie. No i katalog jest stosunkowo obiektywny. Co o tym myślicie?

Niestety doba nie jest z gumy do żucia i nie pozwoli mi na zaprogramowanie czegoś takiego. Jeśli jednak ktoś chciałby podjąć się wdrożenia systemu opartego na moim pomyśle — chętnie pomogę. Mogę też spróbować skonstruować model teoretyczny i przeprowadzić symulację zachowania blogerów/moderatorów by sprawdzić, czy to ma jakiś głębszy sens czy mi się tak tylko wydaje.

Disclaimer

Aha — ten wpis nie ma na celu jakichkolwiek ataków na twórców blogfroga czy 10przykazan. Bardzo się cieszę, że te serwisy powstały i już w obecnym kształcie są bardzo przydatne! Maja na pewno bardzo pozytywny wpływ na odbiór blogosfery w społeczeństwie i umożliwiają skuteczną walkę ze stereotypem blogującej piętnastolatki wielbiącej Tokio Hotel. Za to i za bezinteresowne porządkowanie blogosfery ich twórcom należą się ogromne podziękowania!

Dlaczego adresy w wyszukiwarkach nie są linkami?

13 marzec 2006, poniedziałek

Adresy w wyszukiwarkach

Dlaczego adres w Google’u jest wyświetlony na zielono i dlaczego nie jest linkiem? Już śpieszę z odpowiedzią (być może nie jedyną możliwą).

Otóż rozważmy następujący przykład — wpisałem w Google’u hasło “dziś ze mną będziesz w raju”, bo jakoś mi się zapomniało kto i kiedy to powiedział ;) Google zwrócił mi wyniki takie jak powyżej (pierwszy wynik w wyszukiwaniu jak na dzień dzisiejszy!). Przeciętnie zainteresowała mnie sama strona do której link dostałem, bardziej zainteresował mnie fakt, że to strona o angielskobrzmiącym adresie! Wolałbym więc dostać się na stronę główną.

Gdyby adres był linkiem, zaznaczenie jego początku (na rysunku na różowo) byłoby stosunkowo trudne i wymagałoby pewnej zręczności. W związku z tym Google zrezygnował z robienia adresu linkiem — w końcu jak ktoś chce się dostać dokładnie na stronę z wyników, to i tak ma od tego tytuł, który jest ładnie pogrubiony, podkreślony i na niebiesko.

Obecnie, gdy dużo stron ma tak miłe adresy jak
http://…/catalog/index.php?cPath=146&osCsid=252403 2040ac37d8b2e740fc17c41bca
ten gest ze strony Google może być trochę niezrozumiały, ale zdecydowanie pomaga osobom grzebiącym po starszych stronach.

Może widzicie jeszcze inne powody, żeby nie robić linku z adresu?

Cała prawda o czasie ładowania się strony

12 marzec 2006, niedziela

Niektórzy z Was może kojarzą Jareda Spool’a. W jednym z wykładów (dostępnych w sieci jako mp3) postawił śmiałą tezę, że nie istnieje korelacja pomiędzy szybkością ładowania się strony a tym, jak odczuwają to użytkownicy.

Tak jest w istocie — jeśli strona jest bardzo wygodna w użyciu i przejrzysta jeśli chodzi o nawigacje użytkownik nie zauważy, jeśli każda podstrona załaduje mu się sekundę później niż powinna. Podobnie jeśli strona jest niezbyt wygodna w użyciu i trudno cokolwiek znaleźć, to nawet gdyby się ściągała momentalnie, użytkownik stwierdzi, że działa wolno i byle jak.

Są jednak wyjątki. Przyjrzyjmy się stronie jednego z hoteli w Rybniku. W momencie, w którym na nią wchodzimy wygląda tak…
Strona zajazdu w Rybniku po wczytaniu obrazku tła

…żeby po około półtorej minuty (na nie najwolniejszym łączu!) wyglądać tak…
Strona zajazdu w Rybniku tuż po otworzeniu

Gdybym w międzyczasie nie wpadł na to, że najwyższy czas na kawę pewnie już dawno uciekłbym z tej strony (lub zaliczył ją do grona oryginalnych stron o bardzo minimalistycznej szacie graficznej).

Wnioski:

  1. Jeśli strona którą oglądasz wygląda źle, idź na kawę. Jak wrócisz może wyglądać lepiej.
  2. Jeśli twoi odbiorcy nie piją za dużo kawy, ogranicz rozmiar strony do przyzwoitych 100-150kb.

O heurystykach Nielsena raz jeszcze

10 marzec 2006, piątek


Zrzut ekranu z intra pewnej prywatnej wyższej uczelni. Na czerwono zaznaczyłem niejasności.

Wasze komentarze:

Jako, ze jestem licealista, to poszukuje informacji nt. roznych
szkol wyzszych. I tak natrafilem na te: http://www.swsi.edu.pl/.

Szukając info na temat HEURYSTYK NIELSENA(a zwłaszcza “siódmej” i “ósmej”) ,trafiłam ,zupełnie przypadkiem na Twoją stronkę [..] Gdybyś chciał podzielic sie jeszcze jakimiś wiadomościami,”żywymi” przykładami czy przemyśleniami na powyższy temat,byłabym bardzo wdzięczna :)

Opis heurystyk Nielsena najlepszy jaki istnieje w sieci można znaleźć na stronie Jakoba Nielsena. Po polsku materiałów jest stosunkowo niewiele, można skorzystać z przetłumaczonej na język polski listy.

Skąd się w ogóle wzięły heurystyki? Zanim istniały testowano użyteczność na dwa sposoby:

  • przeprowadzano testy użytkownika,
  • sprawdzano checklisty.

Pierwszy sposob jest oczywiscie rewelacyjny, ale czasochlonny i okropnie drogi. Drugi w skrócie polegał na tym, że specjaliści przygotowywali strasznie długie listy kryteriów (100 pozycji i więcej) które musiała spełniać aplikacja czy strona, żeby było ok, a następnie wg nich sprawdzali, jak wszystko działa. To było strasznie męczące i wtedy Nielsen opracował swoje 10 przykazań, które mogły usprawnić proces oceny strony.

Idea była taka, żeby zamiast drogich testów lub czasochłonego sprawdzania checklisty kilku wyszkolonych specjalistów przyjrzało się stronie i sprawdziło, czy nie istnieją w niej jakieś proste błędy, które spotkali wcześniej i które mogłyby przeszkadzać użytkownikowi. Nielsen twierdzi, że 3 ludzi przyglądających się stronie jest w stanie wykryć około 70% błędów użyteczności na stronie.

Jak to się stosuje w praktyce? Szczerze mówiąc samemu nie spotkałem się z takim podejściem, żeby specjaliści mieli ‘tabelkę z 10 wierszami’ i tam wpisywali błędy. Zazwyczaj jest tak, że trzy-cztery osoby przyglądają się stronie i notują zauważone przez siebie błędy, które następnie się sumuje i na ich podstawie podejmuje decyzję.

Jak wygląda łamanie heurystyk w praktyce? Nielsen mówi (tłumaczenie z użyteczność.pl):

Zapewnij skuteczną obsługę błędów. Komunikaty o błędach powinny być sformułowane prostym, życzliwym językiem oraz powinny wskazywać typ problemu i sposób jego rozwiązania.

a uczelnia na to:
komunikat o błędzie: Coś nie workuje

Podobnie Nielsen sugeruje:

Trzymaj się standardów i zachowaj spójność. Te same słowa, symbole, sytuacje i działania powinny być stosowane w jednakowy sposób w całym produkcie, w zgodzie z zasadami przyjętymi dla danego środowiska, platformy czy systemu operacyjnego.

Na jesli przyjrzymy się obrazkowi na górze tego wpisu, zauważymy na dole 3 elementy, które każdy podejrzewa, że są linkami, ale tak niestety nie jest.

A już poza elementami które podpadają pod heurystyki Nielsena, co szkoła informatyki ma wspólnego ze zdrowiem publicznym?